Tytuł ma Cię gdzieś palancie.
Leżałam w tym cholernym łóżku z pięć godzin. A raczej obudziłam się pieć godzin po tym wszystkim. Nie pamiętałam co się stało. Nie wiedziałam co z MOIM dzieckiem. Czułam się jak przeżuty i wypluty kapeć. Co mogłam zrobić? Tylko czekać. Czekać na jedną wiadomość. Nagle usłyszałam bieg. Ktoś zbliżał się do sali w której leżałam.
W drzwiach stanął Billie. Spojrzał na mnie swoimi oczami. Nie mogłam na niego patrzeć. Odwróciłam wzrok, i popłakałam się. Spojrzałam w okno. Widziałam szczęśliwych ludzi, zakochane pary idące za rękę. Czułam że to wszystko może się tak szybko skończyć. Kochałam Billie’go i resztę… Nie chciałam żeby to był koniec. Koniec tego marzenia, które zostało przeze mnie wysnute. Wysnute. I to wszystko o dupe rozbić.
Billie usiadł obok mnie. Śmieszne przechylił się żeby na mnie popatrzeć. Przez chwilę się uśmiechnęłam. Trwało to jednak dwie sekundy. Bałam się tego co może mi powiedzieć. Co miał i musiał powiedzieć.
- Jak jej damy na imię?- podniosłam się z taką szybkością, jakby coś mnie oparzyło. Spojrzałam na niego i otworzyłam usta ze zdziwienia. Jak to „jej”? Przecież to dziecko…
- Jak to… przecież ona, ona…- uścisnęłam Billie’go z całych sił. Nie chciałam wyrwać się z jego uścisku. Czułam się jakbym wygrała na loterii. Nie przepraszam. Tego nie można porównać z loterią.

Eka w dalszym ciągu, siedziała w poczekalni. Billie nie zjawił się do tej pory, co przyprawiało ją o strach. Kaśka wypiła już chyba z 5 litrów wody, Mike zrobił już dziurę w podłodze od łażenia po korytarzu, Frank trzymał twarz w dłoniach. Teraz wszystko może się zawalić. Począwszy od związku Billie’go i Olki, przechodząc do muzyki. Najgorsze było to, że Olka tak czekała na to dziecko. Teraz kiedy już nikt nie miał nadzieji, nie myślano o tym dziecku jak o żywym człowieku. Myślała się o tym że to dziecko nie żyje. W każdym razie, nie myślało się o życiu z nim. Myślało się o jego utracie.
Eka ujrzała Billie’go idącego korytarzem. Nie wyglądał na szczęśliwego. Bez słowa usiadł obok Frank’a, i patrzył bez słowa w jakiś daleki punkt. Nikt nie wiedział na co. Może na przyszłość, może na to co musi się wydarzyć. To co Go na pewno nie ominie. Kaśka podeszła do niego, i spojrzała mu w oczy, po czym zapytała:
- Co jest…?- zapytała najdelikatniej jak mogła. Widziała że na twarzy Billie’go maluje się przebiegły uśmiech. Spojrzał na nią.- No mów głupku, mów!!- krzyknęła lekko podenerwowana Kaśka.
- Mam córkę…- powiedział nieprzytomnie. Wszyscy otwarli usta ze zdziwienia. Frank patrzył na niego tym swoim spojrzeniem, które odzyskało swój dawny blask. Eka usiadła ze zdziwienia Frank’owi na kolanach. Kaśka razem z Mike’iem oparli się o ścianę. Wydało im się to tak nieprawdopodobne jak śnieg w czerwcu. Nie wierzyli, że tak łatwo zwątpili.
- Aaaa… Alex? Co z nią…? Przecież, ona…- spytał Frank.
- Żyje. A raczej budzi się do życia.- odpowiedział Billie. Nie był w stanie o tym mówić. Radość która Go ogarnęła (może nie było tego widać, ale w środku naprawdę się cieszył.) była nie do opanowania. Czuł się tak jakby miał latać.

Zaczęłam się pakować. Leżałam w tym cholernym szpitalu jakieś dwa dni, a nadal nie widziałam mojej córki. Miałam tego dość. Miałam gdzieś słowa lekarzy, mówiących o ryzyku i innych pierdołach. Czułam, że jeśli będę tu choćby godzinę dłużej, wybuchnę. Musiałam to małe coś, co było częścią mnie zobaczyć. Nie myśląc długo, z torbą pod pachą wybiegłam na korytarz. W tej chwili nie było nikogo. Ani Eki, ani Billie’go. Zdziwiło mnie to. Spojrzałam na zegarek. No tak. Trzecia nad ranem, a ja chce uciekać. Postanowiłam odnaleść dzieciaka. Muszę!
Pobiegłam wzdłuż korytarza. Wszędzie leżeli pacjenci, a sali noworodków ani śladu. Biegłam więc, nawet się nie zatrzymując. Wkońcu ujżałam małą salkę. Było w niej pełno inkubatorów. Weszłam do niej. Było tu cicho jak w grobowcu. Jedynym odgłosem były tu dzwięki wydawane przez aparatury, podtrzymujące malutkie dzieci przy życiu. Długo nie mogłam znaleść mojej córki. Powoli zaczynałam panikować, co w moim przypadku oznaczało totalną porażkę. W końcu dotarłam do końca tej sali. Nie mogłam nigdzie dostrzec dziecka. Wkońcu zobaczyłam ostatni inkubator. Pochyliłam się i dotknęłam go dłonią. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Zobaczyłam moją córkę. Otworzyła oczy. Były niesamowicie zielone. Nie wierzyłam, że w życiu zobacze coś tak pięknego.
Nie wiem jak długo wpatrywałam się w moją córkę. Wkońcu przytaszczyłam sobie jakieś krzesło, bo moje nogi powoli odmawiały mi posłuszeństwa. Musiałam zasnąć, bo kiedy otworzyłam oczy już świtało. Chciałam zostać przy niej jeszcze dłużej, ale gdyby personel mnie tu zobaczył, miałabym przechlapane. Zmyłam się stamtąd do mojej sali. Usiadłam na łóżku i wpatrywałam się w podłogę. Zastanawiałam się co tutaj jeszcze robię. Poszłam do recepcji. Kazałam się wypisać. Powiedziałam że tutaj wrócę. Musiałam. Inaczej nie dałabym rady.

Powoli zmierzałam rynkiem do mieszkania. Nie wiedziałam kogo tam zastanę. Zresztą wszystko mi zwisało. Myślałam o tym co się wydarzyło. O tym co zobaczyłam. O mojej małej córce, leżącej teraz samej gdzieś tam daleko. Nie wiedziałam co czuć. Cieszyć się że moja córka żyje, czy płakać ponieważ ona może umrzeć. Wcześniak Jezus Maria. Cały miesiąc. A miało być tak pięknie. Miało.
Właśnie szukałam kluczy aby otworzyć mieszkanie, kiedy same sie otworzyły. Billie stał teraz przedemną, roczochran, w wymiętych ciuchach. Musiał spać. Nie przywitał się poprostu przytulił się do mnie i pocałował. Dawno nie czułam takiego pocałunku. Przyprawił mnie o dreszcze. Stałam tak w drzwiach, w jego objęciach. Wkońcu zjawiła się reszta. Na początku zobaczyłam Frank’a. Po nim pojawiła się reszta. Frank pocałował mnie czule w czoło, po czym przytulił mnie do siebie. Mike przytulił mnie i pocałował w policzek. Kiedy Kaśka i Eka mnie zobaczyły, myślałam że umrą. Rzuciły się na mnie jak wariatki, ani trochę mnie nie oszczędzając. Po przywitaniu, przeszłam do salonu. Byłam o wszystko wypytywana. Wkońcu zmęczona pytaniami zasnęłam.
Czułam jak Billie delikatnie kładzie się obok mnie. Przytuliłam się do niego.
Zasnęłam.